20121010

Wina dajcie!

Jest zima, musi być zimno. Jest jesień, wiadomo, że bordowy wejdzie na tapetę i będzie wałkowany przez większość projektantów i płynnie przeniknie do sieciówkowych kolekcji, a stamtąd, szeroką falą, wyleje się na ulicę. A ja popijając grzańca wspominam nie tak odległe jeszcze czasy, jak w drogerii kupowało się buraczkową farbę do tkanin, wyciągało z zapomnianego kąta aluminiowy gar do gotowania pieluch i jak leci, wrzucało doń koszulki, spodnie i koszule w celu uzyskania bordowego akcentu w szafie. Bo był okres, gdy bordowe sztruksy to było COŚ. Gotowało się toto, płukało w occie i dumnie oblekało cztery litery, na których często wieczorem widoczne były efekty naszego D.I.Y :)


Jako osobnik sentymentalny nie mam wcale za złe sklepom, że zdjęły ze mnie wątpliwą przyjemność babrania się w czerwonawej wodzie i oferują mi ulubiony kolor (kolor, bo jak pamiętamy biały, czarny i szary do kolorów się nie zaliczają, a te przeważają w mojej garderobie) na wyciągnięcie ręki. W związku z tym przeglądam sobie zdjęcia z pokazów i kombinuję, gdzie by tu znaleźć jakieś ciekawe odpowiedniki. Marynarki od Piotra Drzała oczywiście nie znajdę, ale prosty płaszcz czy sweter - proszę bardzo. Ciekawe jest też, jak odcień wina z Bordeaux (przy okazji - w języku polskim mamy kolor bordowy, w angielskim jest burgund (burgundy), u nas nazwa używana rzadko. W klasyfikacji kolorów funkcjonują one jednak jako dwie odrębne barwy. Konia z rzędem temu, kto je rozróżnia:) ) przeniknął z szaf królewskich, magnackich i kościelnych na ulicę, pozostając niezmiennie symbolem dostojeństwa i elegancji ( pamiętacie, gdy co druga "balowa sukienka" studniówkowa była bordowa? Nawet ja na tak zwany "półmetek" przyodziałem się w koszulę i krawat w jedynym słusznym kolorze:) Korzystajmy więc z przywileju, jaki dała nam demokracja i francuska rewolucja i nośmy bordowy. Nie ma się co oburzać, że jest wszędzie. W odróżnieniu od pomarańczowego czy fioletu pojawia się co roku, więc nawet najwięksi kontestatorzy mogą odłożyć w kąt argument "kicham na modę" i dorzucić do żelaznego zestawu (czarny, czarny, czarny i szary na niedzielę) chociaż kroplę. Niezwykle odświeżające. W związku z tym, niczym Magda Gessler, "serdecznie polecam" -
Wasz Feco :D

To zdjęcie musiało się tu pojawić, ponieważ było inspiracją do napisania w/w postu. Znalezione na http://streetfsn.blogspot.com/



Neil Barett (gq.com)

Costume National (gq.com)

Costume National (gq.com)

Piotr Drzał foto: P. Stoppa

20120806

zapomniane umiejętności

Zabijcie mnie, ale nie pamiętam tytułu. Nie pamiętam nawet książki, z której dowiedziałem się, że taka publikacja istnieje. Może to było coś Kopalińskiego...? Rzecz traktowała o zapomnianych umiejętnościach, gestach, które, niegdyś naturalne, z biegiem czasu odeszły w niebyt. Na przykład unoszenie rąbka sukni przy wchodzeniu po schodach, patrzenie w oczy przy wznoszeniu toastu, podawanie ręki do pocałunku... Ciekawe to było piekielnie i chciałbym raz jeszcze to przeczytać, ale  cóż, zapomniałem kto i gdzie to napisał. Przepadło, chociaż wciąż żywię nadzieję, że uda mi się jeszcze tę książkę odnaleźć. Przy okazji przeczesywania biblioteki rodziców wpadła mi do głowy myśl, o ile więcej jest takich drobiazgów, które, wpisane na stałe w naszą codzienność,  nie wiadomo jak i kiedy, no cóż... wyparowały.

Czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego ze sklepu magicznie zniknęły naturalne materiały? Dziwne to jest doprawdy, że szukając rzeczy, które gatunkowe byłyby dobre, nie elektryzowały się przy każdym ściąganiu/zakładaniu i nie topiły przy prawie zimnym żelazku natrafiamy ciągle na sztuczne paskudztwa, od których aż zęby bolą. Zalewa nas poliester, nylon, mieszanki wełen z akrylem. A gdzie jedwabie, kaszmiry, i inne cudowności miłe w dotyku i noszeniu?

Udałem się na tak zwany risercz do najbliższego zaprzyjaźnionego sklepu sieciowego, gdzie zaprzyjaźniona (a jakże!) obsługa uświadomiła mi pokrótce, gdzie pies leży pogrzebany. Przy miłej kawce dowiedziałem się, co się sprzedaje i dlaczego. Sklep (domyślni czytelnicy się domyślą, o jakim mówię, nie ma więc potrzeby wchodzić w szczegóły) podzielony jest, jak to zwykle bywa, na działy, i w obrębie tychże oferuje szanownej klienteli odzież droższą i tańszą, jednak stopień "umodowienia" w każdej z podstref stoi na równie wysokim poziomie. Różnica polega (a raczej polegała, ale o tym za chwilę) na jakości materiałów, z których modne odzienie zostało wykonane. I tak, możemy znaleźć tam naturalne skóry, jedwabne koszule, kaszmirowe swetry oraz ubrania stworzone z połączenia powyższych materiałów (wełniany płaszcz+skórzane wstawki, kaszmirowy żakiet na jedwabnej podszewce itd. itp.). Szał ciał i uprzęży. Zaznaczam, że nie mówimy tu o marce luksusowej, ot, zwykły sklep sprzedający modę dla ogółu. Zaznajomiony z asortymentem, dość szybko stwierdziłem (nie potrzeba do tego siódmego zmysłu, wystarczy zerknąć na metkę), że nawet w podstrefie bardziej ekskluzywnej ("Marian, tu jest jakby luksusowo":) zawartość jedwabiu w jedwabiu można liczyć w promilach, a kaszmir to chyba wszyscy na bazar poszli sprzedawać, bo w sklepie go nie uświadczysz. Suma summarum, tylko ceny pozostały lekko dekadenckie (jak dla przeciętnego klienta powyższej marki). O co chodzi, droga ekipo zaprzyjaźnionej placówki handlowej? Cóż to za kity mi wciskacie?

Z odpowiedzią przyszły badania prowadzone na podstawie druków reklamacyjnych przedkładanych przez klientów w ostatnich latach. Otóż większość wad, na jakie skarżyli się konsumenci, nie była spowodowana złym wykonaniem produktów, lecz przez tak zwane uszkodzenia mechaniczne. Bo też, proszę Szanownych Czytelników, staliśmy się bardzo wygodni. Odkąd wymyślono pralkę z programem "30 minut 30 stopni", pchamy do niej wszystko, nie przejmując się z czego nasze ubrania są  wykonane. A niestety, pewnych rzeczy się nie przeskoczy - materiały luksusowe są luksusowe nie tylko dlatego, ze kosztują więcej, ale również dlatego, że wymagają specjalnego traktowania. Odkąd w latach czterdziestych zaczęto dodawać sztucznych włókien, stały się one łatwiejsze w obsłudze, ale też obudziły w nas wewnętrznego lenia, który przez lat sześćdziesiąt skutecznie wyplenił z naszej głowy umiejętność ręcznego prania, suszenia w odpowiedniej temperaturze i "okolicznościach przyrody" (tak, tak, wystawianie na prażące słońce nie służy kolorowym ubraniom:). Chcemy szybko, łatwo i przyjemnie, bo galopująca codzienność nas do tego zmusza. Producenci odzieży wychodzą nam naprzeciw i oferują takie rzeczy, które będą od nas wymagały jak najmniejszego wkładu pracy, jednocześnie zabezpieczają się przed kolejnym zalewem reklamacji ( a zaprzyjaźnimy sklep politykę w tym zakresie ma bardzo pro kliencką, i wszystkie te reklamacje uznaje). Ktoś może pomyśleć, że to robienie klienta w bambuko. Po przemyśleniu dokładnie śmiem twierdzić, że każda strona korzysta - my dostajemy rzecz, która dłużej nam posłuży, a producent nie musi dopłacać do interesu. Poszkodowani oczywiście czują się ci, których nie zadowala sweter z akrylu, ale po trosze winić możemy samych siebie (pana, panią, społeczeństwo), zapomnieliśmy bowiem, jak to drzewiej bywało. Zachwycamy się ubraniami vintage, które przetrwały lata w niezmienionym kolorze i fasonie. Ale tego, że ktoś nie wrzucał ich do pralki na najwyższe obroty, już nie pamiętamy. Mówimy, że tkaniny były lepsze, ale założę się, że gdyby 50 lat temu potraktować jedwabną bluzkę zbyt gorącym żelazkiem, zachowałaby się zupełnie tak samo, jak ta uszyta w 2012. Rozkapryszeni dostępnością dóbr wszelakich wymagamy też za dużo  zapominając, że kaszmir kaszmirowi nierówny, tak samo jak bawełna bawełnie. Sieciówka to nie Eric Bompard, więc przędza użyta do wyrobu swetra pochodzi zapewne ze źródła o wiele tańszego, a co za tym idzie jest o wiele słabsza. Jeśli decydujemy się więc na taki zakup powinniśmy zdawać sobie sprawę, że delikatne traktowanie jest wliczone w cenę. Może warto przy okazji następnego prania wspomnieć nieodżałowaną Ćwierczakiewiczową i jej Cokolwiek bądź chcesz wyczyścić, czyli Porządki domowe, albo sięgnąć do mądrości bardziej nam współczesnej Marthy Stewart? Nie jest to wiedza tajemna (chociaż dziś, kto wie?), a stosowana w praktyce uratuje być może nasz kolejny zakup przed wylądowaniem na dnie kosza na śmieci.

A że ceny wciąż rosną? No cóż, to już temat na kolejny post.

P.S. Powyższy wpis nie jest sponsorowany przez program "Perfekcyjna Pani Domu" :)



20120717

Nowa opowieść - Tatuum

Z Tatuum miałem problem od dłuższego już czasu. Mijając codziennie ich sklep na Świdnickiej we Wrocławiu zastanawiałem się, jak można marnować potencjał, który tkwi w naprawdę ciekawych ubraniach, prezentując je w tak mało zachęcający dla klienta sposób. Wielkie witryny, które aż proszą się o jakąś ciekawą aranżację, potraktowane po macoszemu, niezagospodarowane, sklep niezbyt przyjazny, niezrozumiale ułożony, brak koordynacji, spójności...Tak sobie myślałem, ale wchodziłem. I zawsze znalazłem rzeczy, które przykuły moją uwagę, jednak zarzucone stertą basiców wymagały determinacji i zaparcia, aby je znaleźć i docenić.

Dlatego z przyjemnością przyjąłem zaproszenie Alicji Kowalskiej, która po objęciu stanowiska dyrektora kreatywnego w Tatuum postanowiła przedstawić dziennikarzom i blogerom kolekcję na nadchodzącą jesień. Pójdę, pomyślałem, zobaczę, pogadam. W końcu przyszło NOWE, a z nowym zawsze wiążą się jakieś zmiany. Przeważnie na lepsze.

I kupili mnie, szanowni państwo. Bo prawdą jest, że człowiek kupuje oczami. Czasami też pomaca, ale to rzadziej, bo z góry nastawiony jest na sztuczności, które teraz wylewają się ze sklepowych wieszaków. A ja i popatrzę, i potargam, i porozciągam jak trzeba. Na prezentacji kolekcji Tatuum miałem ku temu okazję, miałem możliwość w końcu zobaczyć te rzeczy, które z pewnością umknęłyby mojej uwadze, gdybym wszedł do sklepu z ulicy, objuczony siatką z zakupami, torbą i przewieszoną przez ramię kurtką. Wiem, że są dobrze uszyte, wykonane z fajnych materiałów etc., wiem to, bo miałem okazje zobaczyć je w spokoju, wydarte ze sklepowego anturażu. Pokaz został dopełniony zdjęciami z sesji, filmem reklamowym i wtedy wszystko zaczęło układać się w spójną całość, czyli to, czego brakowało mi w Tatuum dotychczas. Mam nadzieję, że marka będzie szła właśnie tą drogą i oprócz ubrań zacznie sprzedawać ludziom również opowieść, historię, której częścią będzie mógł zostać każdy klient. Czego jej i sobie życzę.

P.S. Duży plus za warszawską sesję zdjęciową. Świetnie, że zaczynamy doceniać to, co mamy na wyciągnięcie ręki. Naprawdę nie trzeba Nowego Jorku, aby oddać "miejski klimat". Dowód poniżej.
P.S.1 Zdjęcia niektórych modeli z kolekcji możecie zobaczyć również na moim facebookowym profilu.








Zdjęcia: Marek Staszewski
Stylizacja: Alicja Kowalska
Makijaż i fryzury: Rafał Żurek
Modelka: Charlotte/Model Plus
Modele: Janek/Rebel Models, Kamil/United For Models

20120704

COS, jesień i czegóż więcej trzeba

Nudno, nie? I gorąco. I nic się nie dzieje:) Człowiek ani się obejrzał, a tu lato się skończyło, idzie jesień, zaraz liście spadną z drzew... Nie, nie oszalałem. Zawsze tego rodzaju myśli przychodzą do mnie, kiedy sklepy ruszają z wyprzedażową kampanią w połowie czerwca. A dodatkowo pracując "w ciuchach" też funkcjonuje się według "kalendarza sezonowego" - wiosna/lato od grudnia do czerwca i jesień/ zima od sierpnia do grudnia. Tak już jest, trudno, co robić. Trzeba iść dalej i się przystosować. Albo olać i oddać się błogiemu lenistwu, które wspaniale komponuje się (mówiąc językiem mody) z podzwrotnikowymi temperaturami, jakie ostatnio nawiedziły naszą krainę. Potraktowałem sprawę w sposób dwojaki i po części olałem, dlatego też sezon wiosenny minął na blogu niepostrzeżenie (czytaj: brak postów), a teraz nadrabiam. W związku z prawami rządzącymi rynkiem ubraniowym (o czym powyżej) w najbliższym czasie mogą się Szanowni Państwo spodziewać więc informacji o charakterze jesiennym nieco. 

Jak wszyscy (interesujący się) pewnie wiedzą, radość nastała w nadwiślańskim grodzie, bo też są ku temu powody - COS (i cóż, że ze Szwecji:) otworzył swe podwoje w Warszawie. Po cichutku, bez wielkiej gali i medialnego szumu, w środku tygodnia, wszyscy wielbiciele prostoty mogli udać się na Mysią, by tam, w surowych wnętrzach budynku Mysia3 oddać się chłonięciu atmosfery lub zakupom, jak kto woli. Jako że ja i COS lubimy się bardzo, o czym już kiedyś (tutaj) pisałem, udałem się chyżo troszkę "powchłaniać". I przypomniałem sobie, że pewna dobra dusza;) podesłała mi jakiś czas temu lookbook jesiennej kolekcji szwedzkiej marki. Porzuciłem więc zamiar zakupu czegokolwiek w cenie regularnej (wiedząc, że za góra dwa tygodnie zostanie przeceniona) i oddałem się kontemplacji kolekcji zimowej, czerpiąc z tego bardzo dużo  satysfakcji. Jakaż oszczędność! 

Z COSem dużo ludzi ma problem. Znajomi, wychodząc ze sklepu, dziwili się moim zachwytom. Bo przecież nic tam nie ma, same takie jakieś koszulki, wszystko jednokolorowe i jednakowe. A dla mnie w tym cały urok. Coraz częściej łapię się na tym, że nie chce mi się "ubierać". Nie, nie latam z gołym tyłkiem po ulicach, ale też nie stoję przed szafą zastanawiając się co do czego, i że może tu jeszcze coś dorzucić, żeby było ładnie. Otwieram, wyciągam, zakładam. Nie mam głowy (i ochoty) dobierać skarpetek do krawata i poszetki do majtek (o inwazji poszetki post już wkrótce). Wobec tego potrzebuję ubrań, które same w sobie będą całością. A na mnie będą całością do kwadratu. I właśnie z COSem osiągnąłem tą nić porozumienia. Komunia dusz, rzekłby ktoś (o ile ciuch ma duszę. Ja wierzę, że miewa.) A, niech i tak będzie. Głupie myśli zwalam na karb upału. A Was zostawiam z jesienną kolekcją. 










zdjęcia: mat. prasowe cosstores.com

20120522

Bananowcy i wąsacze, czyli słów parę o Mustache Warsaw Yard Sale

"Jak ja bym chciał mieć znów 17 lat..." westchnąłem, oglądając program o tańcu, w którym wygimnastykowana młodzież prężyła swe ciała i wiła się po parkiecie, wykonując modern jazz i inne wygibasy, których nazw nie pomnę. "Zgłupiałeś?!" łagodnie zdziwił się M. W pierwszym odruchu znacząco puknąłem się w czółko, bo przecież odpowiedź jest oczywista: roześmiani i kolorowi, zdobywcy świata, mają wszystko na wyciągnięcie ręki...Same plusy. Jednocześnie pomyślałem, że w dzisiejszych czasach piekielnie trudno jest być nastolatkiem, z prostego powodu - młody człowiek musi być modny i cały swój wolny czas poświęcać na to, ażeby z tego modnego kręgu nie wypaść.

Pamiętam, że pierwsze obserwacje tego typu poczyniłem siedząc na licealnym korytarzu z grupką klasowych przyjaciół. Właśnie zaczął się rok szkolny, a nasza szacowna placówka oświatowa przyjęła pod opiekę naukowo-dydaktyczną pierwszy rocznik świeżutko upieczonych absolwentów gimnazjów. Przyszło nowe. Ktoś powiedział "United Colors of Bennetton" i trudno było się z tym określeniem nie zgodzić: kolorowe ubrania, sportowe buty, awangardowe fryzury rodem z Bravo...Powiało dyskoteką, a raczej modnymi klubami, do których moje towarzystwo z zasady nie chadzało, uważając to za obciach i tani lans. Nie przyszło mi do głowy, że my, wycierający swoje sztruksy na szkolnym linoleum, też staramy się być modni, a raczej, że nasze snobowanie się na awangardę, abnegację i bohemę też pod kategorię "modny" można podciągnąć. Bycie "poza" było pewnego rodzaju tendencją, której każdy, chcący coś znaczyć w małym klasowym światku, musiał się podporządkować. To co odróżniało nas od dzisiejszych licealistów był brak możliwości, jakie daje współczesny świat - modne sklepy z niedrogą odzieżą, internet z mnóstwem inspiracji, zalew gazet i programów skierowanych właśnie do nich. My byliśmy skazani jedynie na własną kreatywność - era galerii handlowych dopiero raczkowała, zresztą i tak nasze kieszonkowe, dość ograniczone, woleliśmy wydać na koncert lub bilet do kina; ktoś szył, szperaliśmy po sklepach z używaną odzieżą i w szafach naszych rodziców, odkrywając i przywracając do życia ubrania z lat 70. Tworzyliśmy coś z niczego, powoli budując nasz własny styl. Gdy patrzę po tych dziesięciu czy dwunastu latach na moich przyjaciół, odnoszę wrażenie, że to właśnie wtedy w ich (i mojej) głowie zostało zasiane "modowe" ziarno, stanowiące o tym, jak prezentują się dziś.

I nadal tkwiłbym w tym błędnym przeświadczeniu o naszej (tfu!) wyjątkowej kreatywności, gdybym nie trafił w zeszłym tygodniu na Mustache Warsaw Yard Sale. Gdy targi startowały w 2008 roku były pierwszą tego typu imprezą w Polsce, a jednak już wtedy zaufało im kilku naprawdę świetnych wystawców, widząc w imprezie duży potencjał na miarę berlińskiego Bread&Butter. Z roku na rok było coraz lepiej, bo też okazuje się, że nasza kraina, mlekiem i miodem płynąca, rodzi rokrocznie setki wyjątkowo zdolnych, młodych ludzi, którzy potrzebują platformy, na której mogą zaprezentować się (i swoje prace) szerszej publiczności. Przechadzając się po wielkiej hali Soho Factory nie sposób było nie zatrzymać się choć na chwilę przy każdym stoisku bez wydania przeciągłego "woooow". Nie sposób też opisać wszystkich twórców, bo praska fabryka zgromadziła ich...wielu:) Mnie osobiście trudno oderwać było od toreb Lenki - tworzone z elementów skórzanych kurtek vintage wcale vintage nie są, prosty wzór i przepastne wnętrze plus okruszek historii w postaci delikatnych śladów użytkowania tworzą dodatek modny, praktyczny i unikalny:), wpisujący się w zataczający coraz szersze kręgi nurt ubraniowego recyclingu. Patrząc na takie projekty człowiek zastanawia się"dlaczego ja na to nie wpadłem?". I to była chyba myśl przewodnia niedzielnej wycieczki, towarzysząca mi przy co drugim stoliku. Bo też najtrudniej jest ponoć wymyślić rzeczy najprostsze, i nie chodzi mi tutaj jedynie o prostotę formy. Chociażby koncept not anyone, który daje drugie życie ubraniom już nikomu niepotrzebnym, tym, które nam się już znudziły lub opatrzyły -szorty, kurtki, bluzki wzbogacone o aplikacje, ćwieki, przeszycia idealnie oddają ducha idei Do It Yourself i grungowych lat 90. Nie dla każdego to stylistyka, ale pomysł - pierwsza klasa! Tak samo jak biżuteria Animal Kingdom, do której ustawiła się wesoła kolejka spragniona robionych na miejscu bransoletek ze zwierzakami. Parę elementów, możliwość stworzenia własnego wzoru okraszonego ulubionym stworem (więcej u niezawodnej Harel) i radość z posiadania czegoś unikalnego, skrojonego idealnie pod nasze potrzeby i gusta.

Takich rzeczy - prostych, użytecznych, a czasem po prostu ładnych - było na Yard Sale zatrzęsienie. Za każdą z nich stała jakaś historia, anegdota, a przede wszystkich pasja tworzenia, bijąca od ich autorów. Biorąc po uwag, że ten tekst miał być zupełnie o czymś innym, chciałem sobie ponarzekać i pseudo-filozoficznie powynurzać się nad uniformizacją i stylem "kopiuj-wklej", moja teoria o zaniku pierwiastka    kreatywności wśród młodych trochę się chwieje. Yard Sale przekonało mnie, że byłoby to zbytnie generalizowanie. Ilość osób, które w ulewnym deszczu przyszły na Mińską w poszukiwaniu niepowtarzalnego, była zaskakująca, a każde stoisko mogło im to właśnie zapewnić. Może więc warto czasami zboczyć z trasy praca-dom-centrum handlowe, schować w rękaw powiedzenia typu "kiedyś to było  lepiej" i otworzyć szerzej oczy aby zobaczyć, że pasja tworzenia ciągle żywa w narodzie:)? Czego sobie i Państwu życzę.

P.S. A Koleżankom Harel i JagaDesign dziękuję bardzo za miło spędzone popołudnie:)